Monday, March 11, 2019

Dziecięca Choroba Lewicowości w Kapitaliżmie


Jan Czekajewski

Dziecięca Choroba Lewicowości w Kapitalizmie


W roku 1920 Lenin napisał książkę, pod tytułem “Dziecięca Choroba Lewicowości w Komunizmie”. W książce tej Lenin krytykował komunistycznych  zapaleńców w krajach zachodnich, którym się spieszyło do pełnej komunistycznej władzy nie zważając na opozycję w „niedojrzałym” do rewolucji   społeczeństwie.
Dzisiaj odnoszę wrażenie, że podobny ruch i ideologia z nim związana ma miejsce w dzisiejszym świecie. Mógłbym zaryzykować twierdzenie, że komunizm w jego sowieckim wydaniu zbankrutował, ale myśl przewodnia Marksa i Engelsa pozostała i przybiera na sile. Nawet pomniki Marksa są budowane w miejscu jego urodzenia, a jego wyznawcy komentują jego mądrość na łamach takich  „kapitalistyczno-liberalnych” czasopism, jak Financial Times.  Czego jest tego przyczyną? Może to ma związek z atawistycznym dążeniem ludzi do ideologii, która obiecuje mannę z nieba. Może takie zjawisko jest skutkiem, że nowe pokolenie sowieckiego komunizmu już nie pamiętają? Są jeszcze inne elementy, które powodują presje oddolną i sympatię dla nowej, jak na razie, „liberalnej” wersji komunizmu, aczkolwiek nikt do tego skompromitowanego słowa się nie przyznaje.  Są w nim, między innymi  postęp techniczny z jednej strony w krajach wysoko rozwiniętych i obecność wartościowych minerałów, głównie oleju w krajach przemysłowo zacofanych, takich jak kraje arabskie, ale także np. Wenezuela w Ameryce Południowej, lub Algieria w Afryce Północnej.
 Przyjrzyjmy się wypadkom w Wenezueli.
Sto lat temu nikt nie wiedział, że w Wenezueli są wielkie pokłady ropy naftowej. Biedna ekonomia opierała sią na rolnictwie tropikalnym i większość ludzi żyła na wsi. Kiedy amerykańskie firmy olejowe odkryły wielkie złoża naftowe w Wenezueli, wtedy manna z nieba w postaci dolarów zaczęła płynąc do Wenezueli. Miejscowi komuniści z poparciem Kuby podbechtali społeczeństwo, że tą manną rząd winien się ze społeczeństwem dzielić. W wolnych wyborach wybrano wiec Chavesa a ostatnio Maduro. Na skutek komunistyczno-liberalnych obiecanek ludzie ze wsi zaczęli napływać do miasta i żyć z zapomóg rządowych do czasu, kiedy ceny ropy spadły o 50% a socjalistycznemu rządowi prezydenta Maduro zaczęło brakować pieniędzy. W uproszczeniu, ropa w takich krajach jak Wenezuela, Algieria, Irak i Libią stały się narkotykiem, od którego społeczeństwo stało się uzależnione. Brak dochodów z ropy powoduje ferment społeczny, gdyż społeczeństwu się wydaje, że „władza” ich okrada. Komunistyczne albo dyktatorskie rządu upadają, nowe „liberalne” je zastępują, ale problem bezrobocia pozostaje. Nowy, popierany przez „wolny świat” kandydat na prezydenta Wenezueli zostanie z tym samym problemem. Czeka go więc nowa rewolucja, szczególnie jeśli powie ludziom nieprzyjemną prawdę, że niestety jesteśmy bankrutami.

Ciekawa jedność i przeciwieństw dwu różnych ideologii, czyli “populizmu” i “liberalizmu”
Polska jest typowym przykładem ścierania się dwu “wrogich” sobie ideologii, w którym obie strony nie zdają sobie sprawy z tego co ich łączy, czyli nowa wersja marksizmu, aczkolwiek nikt do tego się nie przyznaje.  Strona też zwana “liberalną”, która w dużej mierze znalazła wiele wspólnego z niemieckim “liberalizmem”, którego zamierzeniem jest zjednoczenie Europy pod jednym, niemieckim berłem a z drugie strony “populizm” PiSu, schlebiający ubogim i rozdającym pieniądze w postaci 500zl na drugie dziecko, czemu są przeciwni liberałowie, szczególnie ci na emeryturze, jako że dzieci już im wyrosły i wyjechały do Anglii lub Niemiec. Obydwie frakcje zazdroszczą bogatym i starają się udowodnić, że bogactwo PRL zostało rozkradzione przy “okrągłym stole”. Jedna stronę, czyli “populistyczną” dominuje patriotyzm i katolicyzm zwany przez liberałów, nacjonalizmem i rasizmem, lub antysemityzmem. “Populiści” natomiast zarzucają, “liberałom”, że zaprzedali się Niemcom i Brukseli, które zarzucają “populistom” rasizm i demokratyczny, czyli “większościowy” faszyzm. Obydwie strony zapominają, że w Polsce istnieje grupa ludzi, którzy ciężko pracują i mimo braku pomocy państwa budują nowe firmy, które sa podstawą ekonomii każdego państwa. Na szczęście Polska nie ma ropy ani złota, więc Polakom nie pozostaje nic innego jak żyć z pracy, nie tyle rąk co umysłów. Ale taka alternatywa jest w społeczeństwie mniej popularna, jako że ludzi zdolnych do pracy w dziedzinach wysokiej technologii i automatyzacji jest niewielu.

No a jak jest w Ameryce?
W Ameryce jest tak samo, ale inaczej, jakby powiedział Lech Wałęsa. Mamy dwie partie, które mają podobne programy i które obiecują zmiany, których nigdy nie dotrzymują. Prezydenci się zmieniają, z “demokratycznych” na “republikańskich, ale w polityce zagranicznej niewiele się zmienia i kosztowne wojny prowadzimy, w podobny sposób jak Wika Brytania za czasów Królowej Wiktorii. Ponieważ wojny kosztują, więc kraj się zapożycza, głównie u Chińczyków, Japończyków a także wewnątrz kraju u ludzi, którzy wierzą w stabilność amerykańskiego dolara. 45% podatników, w ogóle nie płaci żadnych podatków i coraz więcej ludzi uważa, że prace oferowane w restauracjach i hotelach, są za nisko płatne i wolą pożyczać pieniądze lub przechodzić na zapomogę dla ludzi, nie tyle chorych, co chorobliwych. Przypuszczam, że gdyby ktoś ogłosił program zbliżony do sowieckiego, czyli przejęcie władzy przez robotników, przepraszam, pracowników nad firmami prywatnymi i obiecał 2 miesiące wakacji i dwa lata urlopu macierzyńskiego, to amerykański komunizm został by wybrany metoda demokratyczną. Jak to wyglądało w praktyce, na przykładzie Polski w roku 1989, kiedy w pierwszej kolejności nowo wybrane „solidarnościowe” zarządy firm podniosły sobie pensje, a jednocześnie sprzedaż przestarzałych produktów tych firm spadła do zera.
W US elementy tegoż socjalizmu widzimy w rosnącej biurokracji w postaci różnorodnych organizacji nakazujących poprawność myślenia. Postępy komunizującego liberalizmu widzimy na amerykańskich uniwersytetach, gdzie powstały nowe oddziały w ramach administracji zajmujące się problemem „włączania” (inclusive). Dla nie niewtajemniczonych takie prężne i wpływowe organizacje mają za zadanie wytyczanie polityki włączania do ciała akademickiego ludzi o właściwym kolorze skóry albo właściwej orientacji seksualnej. Aczkolwiek także tutaj władze „wyłączeniowe” różnicują ludzi nie tyle na bazie koloru skóry ale co do miejsca urodzenia. Na przykład czarny człowiek z Nigerii nie ma tej samej wartości „przebicia” co „jasno czekoladowy” murzyn urodzony w Ameryce. Admiracja uniwersytecka  rozsyła ciągle nowe biuletyny w których nakazuje profesorom, jakiego języka, a nawet sposobu spoglądania winni unikać, aby nie zostali zdefiniowani jako rasiści albo homofobii (przeciwnicy różnych form seksualnych dewiacji). Czyli Ameryka, która kiedyś była gorącym tyglem, gdzie różnorodni imigranci się zlewali tworząc nowego Amerykanina, stalą się miską mętnej wody z wieloma sztucznie zróżnicowanymi osobami i przywilejami.

A jak kiedyś było?
Kiedy wylądowałem w US, lat temu prawie 50 tąt, w roku 1968.  Nikt nie interesował się tym, że pochodziłem z kraju komunistycznego. Ważne było co umiem i jak pracuję. Przede wszystkim w społeczeństwie amerykańskim nie zauważyłem elementu zazdrości tym którzy mieli więcej i byli bogatsi. Było to różne od “komunistycznej” Polski a nawet Szwecji, gdzie spędziłem uprzednie 6 lat. W Ameryce ciągle panowało przekonanie, że od pucybuta do milionera droga jest otwarta. W miarę upływu lat i ciągłego nacisku propagandy “liberalnej” sytuacja się zmieniła. Coraz więcej ludzi wierzy, że rząd jest odpowiedzialny za ich bogactwo lub biedę, a nie oni sami. W ciągu ostatnich kilku lat powstało chwytliwe przekonanie, że 1% ludzi kontroluje większość bogactwa Ameryki. Powstaje przekonanie, że to bogactwo (tak jak ropa w Wenezueli)  winno być “sprawiedliwie” rozdzielone wśród reszty społeczeństwa, czyli 99% ludności. Bardzo mi to przypomina postulaty robotników w Polsce, że “Przecież wszyscy mamy takie same żołądki!”
Jakie są tego przyczyny?
Jedną z przyczyn jest fakt, że filozofowie, którzy napisali hasła liberalizmu w czasie rewolucji francuskiej pod postacią: “Wolność, Braterstwo i Równość” , na pewno sami nie wierzyli w dosłowność tych haseł.
Ludzie sami z powodów genetycznych nie są sobie równi i takimi nigdy nie byli. Jedni są mali, drudzy wysocy. Jedni silni drudzy słabi. Jedni żyją 100 lat a drudzy umierają jako dzieci. Jedni są mądrzy a drudzy są umysłowo upośledzeni. Jedni maja talent do bycia przywódcami a drudzy podążają za nimi jak owce w stadzie. W systemie kapitalistycznym jedni mają zmysł do biznesu i podejmowania ryzyka, a drudzy chcą stałego zatrudniania.  No i najważniejsza różnica jest w tym, że niektórzy z nas są kobietami a inni mężczyznami. Ostatnio jednak nawet takie zróżnicowanie nie wystarcza i powstała cała gama seksualnych zróżnicowań w postaci homoseksualistów i lesbijek a także osób bezpłciowych, lub niepewnych swej płci.

Kto z tego korzysta?
Jak zwykle w ruchach lewicowych, nie masy robotników i chłopów ani ludzi czarnych lub seksualnie zagubionych, które korzystają ze zmian politycznych. Korzysta z tych ruchów, jak zwykle,  „Partia Ludzi Oświeconych”, która tu rządzi i naucza. Nie jest to Partia z Komitetem Centralnym i Biurem Politycznym jak w stalinizmie, ale zróżnicowane organizacje, rozmyte w swej ideologii, które konkurują do przejęcia władzy nad społeczeństwem. Jak na razie władzy ideologicznej. Aczkolwiek z Niemiec i Francji dochodzą głosy, że Unia Europejska  winna mieś własną armię, konieczną dla poskromnienia populistycznych rebeliantów, którzy, np. chcą się modlić. Oczywiści tak zwany liberalizm -demokratyczny, aby być widoczny musi mieć wroga. Wróg nie jest z góry wyznaczony, jako że nie ma centralnej władzy, aczkolwiek od czasu do czasu uzurpują sobie do tego prawo różni „liberalni” ludzie lub rządy. W Europie może to być Pani Merkel, lub miliarder Soros. W Ameryce różni politycy grupujący się w Partii Demokratycznej.
Wszystkie te grupy ubiegają się o dostęp do kasy, głównie rządowej albo wymuszonej przez rząd w postaci równości w dochodach i dostępu do wysokopłatnych stanowisk niezależnie od kwalifikacji.
Postęp w nauce przyczyną bezrobocia
Uprzednio pisałem o przyczynach lewicowości w krajach zasobnych w ropę naftową, takich jak np. Wenezuela. Poniżej podam przyczyny fermentu społecznego i atrakcyjności ruchów lewicowych w krajach wysoko rozwiniętych, takich jak US i Europa.
Najważniejszą przyczyną wymuszonego zróżnicowania w dochodach jest przyspieszony postęp naukowy. Stare zawody znikają w ciągu krótkiego czasu, a nowe powstają. Te nowe zawody wymagają zupełnie innych specjalizacji i zdolności. To ta grupa ludzi pozbawionych pracy wymusza lewicowe zmiany w społeczeństwie.
Na dodatek postęp techniczny wymuszony przez komputeryzację i automatyzację potrzebuje coraz więcej specjalistów o matematycznych zdolnościach. Inni, którzy wybrali wykształcenie humanistyczne są skazani na zatrudnienie w rosnącej strefie usługowej. Niestety wynagrodzenia w tej strefie są niewielkie a aspiracje ludzi tam zatrudnionych są wysokie.  Stąd pochodzi niezadowolenie ludzi wykształconych, którzy mylą stopień naukowy z ich przydatnością na rynku pracy. Niestety w systemie kapitalistycznym wartość pracy pracy są podyktowane przez rynek, czyli społeczne zapotrzebowanie a nie przez nakazy rządowe, jak było w sowieckim komunizmie. W zaistniałej sytuacji występuje nacisk ludzi „poszkodowanych” aby przez rządowe ustawodawstwo tworzyć dobrze płatne posady w dziedzinach ekonomicznie sztucznych, jak nadzór nad preferencyjnym zatrudnianiem ludzi z mniejszości rasowych lub seksualnych, których zaczęto klasyfikować  wedle grup i podgrup, wedle prawa, że proporcjonalnie zwiększy się nie tyle liczba ludzi odmiennych, co liczba dobrze płatnych stanowisk w dla nadzoru absurdalnych praw. 
Podobnie było w systemie sowieckim na którym oparte były rządy innych krajów pod dyktaturą Moskwy, osoby mniej zdolne w produkcji zaczęły tworzyć własne ośrodki i synekury w społeczeństwie. Na Uniwersytetach były to Katedry Marksizmu i Leninizmu. W przedsiębiorstwach sekretarze partyjni i ich biura. Na szczeblach powiatowych i wojewódzkich istniały podobne organizacje. System centralnego planowania wymagał osobnej biurokracji wysyłania rozkazów i zbierania gospodarczych informacji. Dla utrzymania dyscypliny system sowiecki wymagał olbrzymiego aparatu tajnej i jawnej policji wśród obywateli. Wymyślone zagrożenie ze strony obozu kapitalistów, głównie USA, usprawiedliwiało utrzymanie wielkiej armii i olbrzymich wydatków na uzbrojenie. Teraz, mimo że system sowiecki upadł pod ciężarem własnej niewydajnej biurokracji, system kapitalistyczny zapożyczył podobne rozwiązania w zmaganiu się z rosnącą grupą ludzi o niskich dochodach a wysokich ambicjach.
Przygnębiające wnioski wynikające z teorii  Malthusa.
W roku 1793 Robert Malthus, angielski myśliciel sformułował teorię opartą o założeniu, że produkcja rolna konieczna dla wyżywienia ludzi nie nadąża z wzrostem liczebności ludzi. Jego obserwacje miały miejsce w Anglii, gdzie produkcja żywności była proporcjonalna to ziemi uprawnej a ludzi przybywało szybciej niż produkcji żywności. Malthus przewidywał, że w konsekwencji w pewnym momencie nastąpi powszechny głód i rewolucja. Z tego też powodu dlatego zalecał celibat i kontrolę urodzeń. Dzisiaj w W Europie spadła także dzietność kobiet do 2,1 ale nie w Afryce Centralnej, gdzie rozrodczość wypada  7 dzieci na rodzinę  Malthus miał  uproszczona wizja oparta na ówczesne warunki w ówczesnej Anglii. Wiek dwudziesty jakoby obalił teorię Malthusa na skutek wynalezienia nawozów sztucznych i ostatnio zmodyfikowanych genetycznie roślin. Jedzenia przybywało, ale nie dla wszystkich. Dzisiaj sytuacja się zmieniła, jako że świat stał się globalny a dla tych ludzi międzykontynentalny. W Afryce Centralnej teoria Mathusa ciągle jest właściwa, w krajach rozwiniętych ma inny charakter. My nie cierpimy na głód fizyczny, ale nasza rządza życia w luksusie wymaga wykorzystywania i niszczenia zasobów naszego globu , jakimi jest powietrze, woda w rzekach i oceanach, ogołocenie środowiska z insektów, które zapylają nasze zboża. Nie będę tutaj wspominał o nowej medycynie, która z jednej strony pomaga ludziom żyć długo a z drugiej strony działa przeciw naturze, która w przeszłości eliminowała z życia jednostki upośledzone fizycznie lub umysłowo. Niestety natura sama w sobie miała nadrzędny cel, a był nim eliminacja genów „wadliwych” i promocja genów silnych, tych które miały zachować gatunek. My poprzez medycynę ingerujemy w jej naturę. W swoim zachowaniu inżynieria genetyczna, uważa siebie za mądrzejszą od Natury, albo Boga, który jest za Nature odpowiedzialny.




Friday, December 7, 2018

Dlaczego jest nam tak dobrze, kiedy w Ameryce jest tak żle?

 

Jan Czekajewski

Dlaczego jest nam tak dobrze, kiedy w Ameryce jest tak źle?

Starcie nadziei ( na lepsze) z rzeczywistością

Kiedyś, jeszcze w liceum w latach 50tych, w okresie  stalinowskiego terroru, wpadła mi w ręce książka, tłumaczona z języka rosyjskiego, pod tytułem: „ Ekonomia Polityczna”. Na pewno nie przeczytałem jej w całości, ale jedno zdanie mi zapadło w pamięć i trwa do dzisiaj. „ Postęp w rozwoju środków produkcji wymusza zmiany w systemie politycznym”.  Założeniem tej książki, było uzasadnienie tezy  marksistowskiej, że feudalizm był obalony na skutek postępu technicznego, który wymusił ustrój kapitalistyczny i teraz socjalizm, w wydaniu marksistowskim, jest wynikiem i koniecznością postępu technicznego 20 wieku.  Gdyby autor tej książki miał inne zdanie na pewno w ustroju socjalizmu stalinowskiego, nie wydałby tej książki i zmarłby w jakimś Gułagu na Syberii. System marksistowsko-leninowski, który jakoby miał być postępowy i obdarzyć robotników i chłopów wolnością, był w istocie powrotem do niewolnictwa.
Od tamtego czasu mija już prawie 70 lat i mimo, że socjalizm marksistowsko-stalinowski zdechł śmiercią naturalna, już prawie 30 lat temu, na skutek idiotycznego, nieudolnego systemu centralnego planowania i biedy ludzi, którzy chcieli żyć lepiej i którzy pragnęli wolności. Stary system kapitalistyczny, ma także elementy, które mogą go obalić i jak w każdej zmianie, proces może być brutalny. Tego się najbardziej obawiam, a pewne symptomy fermentu społecznego są już widoczne. Mam na myśli przed wszystkim Stany Zjednoczone.  Ostatnio wpadł mi w ręce artykuł napisany przez Portera Stansberry w którym on przedstawia scenerio, w którym rząd amerykański będzie zmuszony do radykalnego skasowania długów własnych obywateli. Mr. Stansberry nazywa taką akcję, „The American Jubilee”, aby zapobiec generalnej katastrofie. Na zwa; „Jubilee” pochodzi z hebrajskiego prawa, kiedy to w Biblijnym Izraelu, co 50 lat kasowano wszystkie długi i uwalniano niewolników.   Podobne prawo istniało w  starożytnej Grecji, i nazywało się nazywało "Seisachtheia" - reforma Solon' a ( Solon urodził się w Atenach około roku 638 AD (Przed  Chrystusem). Do dzisiaj to słowo istnieje w języku polskim, jako „Jubileusz” i dotyczy raczej radosnej rocznicy np. ślubu, a nie zwolnienia od niewolnictwa i długów.

Niewolnictwo kiedyś i dzisiaj
                   
Niewolnictwo było zawsze oparte na ekonomicznych podstawach. Tak było w antycznym Rzymie jak i w USA. Tak zwany ustrój socjalistyczny był także formą niewolnictwa, jako że odbierał ludziom podstawowe prawo wyboru miejsca zamieszkania. W PRL i tak zwanych Krajach Demokracji Ludowej, aż do lat 1990 mieliśmy taką formę niewolnictwa. Jego najbardziej widocznym elementem, była trudność podróży zagranicznych i paszportów wydawanych wedle widzimisię służb bezpieczeństwa.  Do tych, co próbowali nielegalnie przekroczyć granicę, strzelano. Kiedy system marksistowsko-leninowski upadł, kraje te nie mając innego modelu zachłysnęły się modelem kapitalizmu amerykańskiego. Dla jednych nowy system okazał się zbawienny, dla innych stanowił trudność dostosowania się do warunków wymagających indywidualnej inicjatywy i wiedzy. Uprzedni system niewolniczy zabijał inicjatywę i wychował warstwę ludzi, która nie była zdolna do życia, bez pomocy „właściciela”, którym w PRL było rząd dający im zatrudnienie i lichą, ale pewną zapłatę za tą pracę. Rząd zadbał także, aby różnice w stopie życiowej między inteligencją i robotnikami nie były jaskrawo widoczne.

A jak jest w Ameryce?

Dzisiaj w Stanach Zjednoczonych widzimy elementy kryzysu, rebelii, która jest ukryta  w postaci różnorakich protestów na ogół domagające się większej tolerancji dla pewnych grup społecznych np. ludzi odmiennych rasowo albo o innych skłonnościach seksualnych, aczkolwiek ekonomia leży u podstaw tych protestów. Widzimy ciekawe zjawisko u ludzi pracujących, którzy marzą, aby zostać uznanych za „całkowicie niezdolnych do pracy”. Ameryka nie jest dzisiaj krajem drapieżnego kapitalizmu. Wręcz przeciwnie wydatki socjalne są olbrzymie.  Wokół administracji tych olbrzymich pieniędzy rozrosła się warstwa konsultantów i polityków różnej maści, którzy dbają to, aby i im także przypadła znaczna część tych wydatków. Po drugiej wojnie światowej, Stany Zjednoczone wykorzystały ruinę  przemysłowych konkurentów, jakimi byli Niemcy i Japonia. Poważnym przeciwnikiem politycznym i wojskowym stał się ZSSR, aczkolwiek nie w postaci konkurenta na rynku handlu zagranicznego.  Przełomowym momentem dla amerykańskiej gospodarki stała się wojna w Wietnamie, która trwała 10 lat i kosztowała 58 tysięcy zabitych amerykańskich żołnierzy i ponad trylion dolarów kosztów. Po stronie północno-wietnamskiej, życie straciło 1,1 miliona żołnierze i około 2 milionów cywili.  Wojna w Wietnamie obaliła koncepcję Prezydenta Trumana, która polegała na postawienie tamy dla rozszerzającego się komunizmu. Z perspektywy czasu, okazuje się, że ocena komunizmu, jako  zagrożenia światowego była wadliwa, jako że komunizm zostawiony sobie samym upadł pod ciężarem własnych idiotycznych koncepcji, miedzy innymi centralnego planowania i traktowania ludzi w podbitych krajach jako niewolników.
Ekonomiczne konsekwencje wojny w Wietnamie
Na skutek olbrzymich kosztów wojny, Stany Zjednoczone pozbyły się rezerw złota, którym zapłacono innym krajom za usługi w tej wojnie. Kiedy złota nie starczyło, Prezydent Nixon w sierpniu 1971, na skutek presji wierzycieli (krajów, które pożyczyły Ameryce pieniądze) zlikwidował wymienialność dolara na złoto wedle ustalonej  umowy z roku 1944 zwanej Brentton Woods, Po prostu Stany Zjednoczone nie były w stanie dotrzymać warunków tej umowy.
Era pieniądza papierowego
Od tego momentu dolar stal się świstkiem papiery, którego wartość zmienia się wedle widzimisię rynku walutowego. W pewnej mierze gwarancja wartości dolara jest i była ciągle największa ekonomia świata, jaką reprezentowały Stany Zjednoczone.  W między czasie od roku 1975 Stany Zjednoczone zaczęły kupować więcej z zagranicy niż eksportować i tak dla przykładu, w jednym miesiącu, we wrześniu 2018 roku,  US deficyt w handlu zagranicznym wynosił $54 bilionów.  Deficyt w handlu zagranicznym, znaczy się, że musimy pożyczać pieniądze z zagranicy, albo sprzedawać im obligacje pożyczkowe.  Deficyt w handlu zagranicznym nie jest jedynym deficytem z jakim musi się parać Rząd Stanów Zjednoczonych.  Z roku na rok rosły koszty wydatków na zdrowie ( Medicare i Medicaide) oraz na Ubezpieczenie Emerytalne ( Social Security), które w roku 2017 stanowiły 53% całego budżetu państwowego.  No są jeszcze wydatki na wojsko, które aczkolwiek olbrzymie w stosunku do innych krajów stanowią jedynie 16,2% budżetu.
Po co nam takie potężne wojsko?
Wydatki na utrzymanie tak potężnej amerykańskiej armii stanowiące około $610 bilionów są  wyższe, niż skomasowany budżet  $578 bilionów, siedmiu  innych krajów, takich jak Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Indie, Francja ,Anglia i Japonia. Pytanie należy sobie zadać, czy tak potężne siły zbrojne są przeznaczone do obrony naszego kraju, czy też inne elementy odgrywają tutaj rolę? Ja odnoszę wrażenie, że podstawowym przeznaczeniem, naszych sił zbrojnych jest utrzymanie dominacji dolara, jako waluty rezerwowej, co s kolei umożliwia „drukowanie” (elektroniczne) amerykańskich obligacji pożyczkowych i zmuszanie innych krajów do ich zakupu. Czyli znaczy to, że siły zbrojne są gwarancja naszej wysokiej stopy życiowej, ponieważ nasz kraj żyje na kredyt, czyli za pożyczone pieniądze.  Inaczej mówiąc, że cały napływ z podatków obywateli nie pokrywa wydatków rządu amerykańskiego.

 Zadłużenie, jako nowa forma niewolnictwa

Czy tylko Rząd Amerykański żyje na kredyt? Bynajmniej, na kredyt żyje także większość Amerykanów. Z historycznego punktu widzenia zadłużenie w czasach antycznych było wstępem do niewolnictwa. Ludzie zadłużeni, którzy nie byli w stanie spłacić swych długów, zostali oddawania w niewolę wierzycieli. Dzisiaj podobny proces odbywa się w nowoczesnym świecie kapitalistycznym, z tym, że wierzycielami nie są jednostki, ale instytucje ukrywające się pod szyldem banków albo kart kredytowych.


Ferment Społeczny

Trudno ukryć, że w US widać rosnące niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy. Ukrywa się ono pod różnymi postaciami, jak na przykład anty rasistowskie demonstracje wśród białych i czarnych, popularność idei  „socjalizmu” w czasie wyborów prezydenckich w postaci Bernie Sanders’a, ruchy  jakoby kobiece, jak #MeToo, ruch  zboczeń seksualnych pod postacią LGTBQ , plaga narkomanii w różnej postaci. Podobnie jest we Francji z ruchem Żółtych Kamizelek protestującym przeciw jakoby podwyżce cen paliwa do samochodów i wysokim wymaganiom uniwersytetów itd. itp.   Częścią tego fermentu  jest także walką o stanowiska na uniwersytetach pod przykrywką tworzenia departamentów odpowiedzialnych za „politycznie poprawny” nabór kandydatów na wykładowców i studentów . Są to tak zwane departamenty „włączenia”  (inclusive) mniejszości narodowych, rasowych i seksualnych, które przypominają mi Katedry Marksizmu Leninizmu na uniwersytetach w PRL.  Trudno wyliczyć wszystkie „ruchy społeczne” wynikające z frustracji różnych grup społecznych, których wspólnym celem jest poprawienie sobie statusu ekonomicznego, za którego czynią odpowiedzialny rząd.  W sumie polityczny klimat jest mętny i w mętnej wodzie różne grupy zamierzają łapać tłuste ryby, czyli posady. Narzuca się pytanie, czy ruchy te są spontaniczne, czy tez sterowne zdalnie i kto je finansowo sponsoruje?

A jak Rząd US sobie z tym fermentem radzi?

Wszystkie rządy maja wspólny problem, a jest nim zadłużenie obywateli, aczkolwiek ten problem jest największy w Stanach Zjednoczonych.
Ponieważ US zostało zbudowane przez ludzi o mentalności kupieckiej, rząd stara się rozwiązać problemy społeczne rozdawaniem pieniędzy, które możemy dowolnie drukować od czasu, kiedy papierowy dolar przestał być związany ze złotem.  To rozdawanie pieniędzy nie jest jednak rzucaniem ich w tłum, jak to miało miejsce w starożytności albo w średniowieczu, ale w postaci pożyczek udzielanych przez banki a często gwarantowanych przez Rząd US. Jedna z form tych pożyczek, są niespłacone długi za pożyczki na studia, które w ciągu ostatnich 10 lat wzrosły z $800 bilionów do $1,6 tryliona.  Tych długów studenci nigdy nie będą w stanie spłacić.  Amerykanie także dali się nabrać, na pożyczki w formie kart kredytowych i ich dług w stosunku do banków jest ponad 1 tryliona dolarów. Rząd w pewnej mierze jest odpowiedzialny za ten dług, gdyż stopa procentowa w niespłaconego długu na kartę kredytową może sięgać 28% rocznie. Jest to lichwa, kiedyś nielegalna, o której likwidacji, której politycy opłaceni przez banki, nie chcą słyszeć.  Podobno zadłużenie Amerykanów jest tak wielkie, że 73% Amerykanów umiera z długiem większym niż $60,000.

Konkluzje

Jak na razie problem długów rządu amerykańskiego jest przepychany, bez rozwiązania, z jednej kadencji jednego prezydenta na następną? Wszyscy obawiają się, że wrzód zadłużenia może pęknąć i grozi to wielkim kataklizmem międzynarodowym. Czasami rządy imperiów, w takiej sytuacji, dla odwrócenia społecznej uwagi prowokują  wojny, a czasami rząd może się uciec do kasacji wszystkich długów w stosunku do banków i kart kredytowych. Bedzie to podobne do Hebrajskiego Jubiille. Niestety jedynie niewolnicy, czyli dłużnicy, będą się z takiego rozwiązania cieszyć. Na pewno nie skrzętni ciułacze, którzy odkładali pieniądze na „czarną godzinę”. Ich pieniądze mogą zostać nagle skonfiskowane.  Do podobnych metod uciekli się komuniści w Polsce w październiku 1950 roku,  kiedy to wydrukowano nowe banknoty. Stare złotówki podlegały wymianie na nowe po kursie 3:100 w przypadku cen i płac oraz oszczędności bankowych poniżej 100 tysięcy starych złotych, zaś w stosunku 1:100 dla gotówki. Wszyscy posiadacze gotówki stracili z dnia na dzień 2/3 jej wartości. Podobne straty ponieśli także posiadacze oszczędności powyżej 100 tysięcy złotych. O ile sobie przypominam Bankowi Narodowemu w Częstochowie zabrakło, chyba celowo, wystarczającej ilości nowych banknotów i ograniczał wymianę tylko do maksymalnie 100 tysięcy starych złotych, co oznaczało, że praktycznie biorąc wszystkie pieniądze w gotówce powyżej 100 tysięcy starych złotych zostały skonfiskowane. Mój dziadek znalazł sięA właśnie w takiej sytuacji.
Czy będzie nam grozić podobny „Jubileusz” w Stanach Zjednoczonych? Nie wiadomo.

Jan Czekajewski
7 grudzień, 2018
12/7/2018


Sunday, November 4, 2018

Eterprenera racz nam zesłać Panie!


Jan Czekajewski

Eterprenera racz nam zesłać Panie!


Za wszystkich stron, czyli prasy, TV i rozmów z Polakami w Polsce, słyszę, że zbawieniem dla polskiej ekonomii są młodzi ludzie zwani z angielska, a właściwie z francuska, Entepreneur’ami .  Bynajmniej nie jest to zjawisko czysto polskie, a jedynie zapożyczone z modelu amerykańskiego, gdzie w ciągu ostatnich kilku lat młodzi ludzie stali się, jak Mark Zuckerberg, miliarderami na skutek wymyślenia systemu komunikacji międzyludzkiej, głównie na nieważne tematy, jak np. Facebook, gdzie możemy się dowiedzieć, co moja żona  jadła dzisiaj na obiad? Trapi mnie pytanie, dlaczego koncept szybkiego bogactwa, jest tak atrakcyjny dla młodych ludzi jak i dla inwestorów, którzy zarabiają krocie finansując ich pomysły. Sięgając do historii Stanów Zjednoczonych podobna gorączka szybkiego bogactwa miała miejsce w 19 wieku, kiedy to tysiące ludzi ruszyło do Kalifornii kopać złoto. Polacy mogliby używać polskiego odpowiednika do określenia osoby zdolnej podejmować ryzyko i produkować urządzenia uławiające życie. Takim słowem jest słowo: „Przedsiębiorca”. Niestety dla młodych Polaków słowo to kojarzy się z osobami urodzonymi w 19 wieku, które to wymyśliły i produkowały żarówki (Thomas Alva Edison), silnik parowy (James Watt), telefon( Bell), radio (Marconi) itd. Itp., Jeśli przyjrzymy się ich karierze, to zobaczymy, że sukces był połączony z długim wysiłkiem, a bogactwo było związane z tym wysiłkiem. Dzisiejsi młodzi ludzie w Ameryce jak i w Polsce marzą o szybkim bogactwie. Takim modelem są dla nich Bill Gates and Mark Zuckerberg.  Dla młodych Polaków sama myśl, że ktoś mogłyby ich identyfikować z polską nazwą: „Przedsiębiorca”, jest wręcz przerażająca. Chcą być „Enterprenerami” i basta.  
W 19 wieku w Ameryce, w czasie gorączki złota do Kalifornii płynęły 4 grupy ludzi: ci co kopali złoto, handlarze łopat i kilofów do kopania złota , pośrednicy w handlu złotem i prostytutki ofiarujące swe usługi górnikom, handlarzom łopat jak i pośrednikom.   Pośrednikami byli ci, którzy skupywali złoto od górników, przetapiali go w sztaby i sprzedawali dalej z dużym zyskiem.
Dzisiaj sytuacja stała się bardziej skomplikowana, aczkolwiek pewne analogie z „gorączką złota” istnieją. Górnikami są młodzi programiści komputerów. Kierunkiem ich migracji jest ten sam, czyli Kalifornia, handlarzy łopat zastąpili właściciele mieszkań z dostępem do Internetu, a pośrednikami są tak zwani Aniołowie ( Angels) , czyli inwestorzy gotowi zainwestować duże pieniądze w interesujące projekty młodych i często naiwnych aspirantów do stania się „Enterprenrami” . Co do prostytucji nie mogę zabierać głosu, gdyż nigdy nie mieszkałem w Kalifornii i nigdy z usług tego przemysłu nie byłem zmuszony korzystać, w Polsce jak i na emigracji .  Przypuszczam natomiast, że poza prostytucją w Kalifornii mamy plagę narkomanii, podsycaną przez rzeszę sfrustrowanych aspirantów do stania się Entrenerami.

CzyAniołowie są ważnym elementem „Enterprenorowego -Landu” ?
 Odnosi się  wrażenie, że „Aniołowie” są najważniejszym elementem  koniecznym do rozwinięcia własnego pomysłu. Sam pomysł jest drugorzędny.  W polskich gazetach czytam, że polscy młodzi wynalazcy są trenowani, za własne pieniądze, jak przedstawić swój pomysł „Aniołowi”, czyli inwestorowi z dużymi pieniędzmi, w sposób skondensowany nie przekraczający 15 minut. Czas jest drogi i Aniołowie mają go niewiele. Także Aniołowie są raczej zainteresowani stroną finansową a nie techniczną pomysłu.  Przypuszczam, że kursy dla kandydatów na Enterprenerów są drogie i wyniki chyba słabe. Jedynymi Enterprenerami, którzy zarabiają duże pieniądze są organizatorzy takich kursów.
Z własnego podwórka z aspirantami do stania się Enterprenerami  spotkałem się niedawno..  Kilku synów moich znajomych, pokończyło znane amerykańskie uniwersytety, jak Stanford w Kalifornii. Jeden z nich, podobno  wybitnie zdolny i  właśnie otrzymał doktorat. Doktorat w dziedzinie programowania komputerów, albo nano-technologii  z Uniwersytetu Stanford otwiera drzwi do wielu firm wysokiej technologii, które ubiegają się o takie talenty. Ten jednak młodzieniec uwiedziony mirażem szybkiego finansowego sukcesu zapragnął stać się Enterprenorem.  Niestety,  ma on mały problem w tym, że brak mu pojęcia, w jakiej dziedzinie ma się stać  Enterprenorem.  Nie szkodzi. Uniwersytet ma jednak pulę pieniędzy, podobno około $20,000  dla takich zagubionych aspirantów, która jest przeznaczona na podróże po Stanach Zjednoczonych w czasie, których „aspirant” będzie mieć okazję porozmawiać z innymi już bogatymi Enterprenerami, którzy mogą mu wskazać świetlaną drogę do szybkich pieniędzy. 
Tutaj przypomina mi się urywek ze sztuki Sławomira Mrożka pod tytułem „Tango”. Sztukę widziałem 50 lat temu, ale ten urywek został mi w pamięci. W tej oto sztuce Pan Edzio, lokaj mieszczańskiej rodziny deklaruje, że od dzisiaj będzie kierował rodziną, która jest w moralnym rozkładzie. Na pytanie czy Pan Edzio ma jakieś zasady (moralne) do takiego wszechwładztwa, powiada: Tak, ja je mam zapisane w małym notesie, który noszę ze sobą. Pada pytanie: czy to są twoje zasady? Nie, odpowiada Pan Edzio. Przepisałem je od kolegi, który pracuje w kinie. No niech Pan się nie wstydzi i powie, jakie to są zasady? Zasadą Nr.1 jest : Ja cię kocham, a ty śpisz.
Gdyby Mrożek pisał dziś sztukę na temat sytuacji ekonomii w Ameryce, być może symbolem ekonomii byłaby dziś  „rodzina” , a Panem Edkiem byłby zagubiony Enterprener, który szuka pomysłów jak ratować ekonomię, a jedyny pomysł  jaki ma znalazł przez Google, na Internecie pod hasłem „Enterprneur”. Miałby tą zasadę zapisaną nie w notesie, ale zapisana  w notatkach w  iPhonie.



Uniwersytety doszlusowały do Enetrenorial mania
Politycy, a  nawet amerykański, były, prezydent  G.W. Bush  uznali za stosowne wymieniać Enterprenrów jako zbawienie dla US a nawet  krytykował Francję, że Francuzi nawet nie mają nazwy  dla  „Enterprenour’a”, nie zdając sobie sprawy, że właśnie Amerykanie przejęli to słowo od Francuzów.  Za prezydentem podążyły amerykańskie uniwersytety, zakładając programy i wykładowców, którzy będą uczyli studentów jak być Enterprerami.  Z wiadomości od znajomych, którzy na uniwersytetach pracują, dowiaduje się, że nowe budynki zostały postawione właśnie dla celu szkolenia nowej kadry Enterprenerów. W takich  budynkach młodzi studenci  tej dziedziny będą mieli sekretarki, komputery  i miejsce do wynajdywania nowych wynalazków oraz oczywiście doradców, którzy im pomogą jak szukać pieniędzy dla rozwoju ich pomysłów.  Problem, jaki ja widzę z całą uniwersytecką edukacją, jest brak kadry, która zetknęła się z zakładaniem i prowadzeniem własnej firmy. Ten problem jest wspólny dla wszystkich nauk technicznych gdzie często wykładowcami są ludzie, którzy nigdy z przemysłową techniką się nie zetknęli, a szczególnie problemami związanymi z prowadzeniem małej firmy, w której powinny wykluwać się pomysły nowatorskie. Tutaj jest miejsce na przypomnienie młodym adeptom na miliarderów, że najbogatszy człowiek świata, Bill Gates „zdezerterował” z Harward University po dwu latach studiów, podobnie jak jego wspólnik Paul Allen. Dwóch innych modelowych Enterprenerów, Steve Jobs  i Steve Wozniak, także nie  ukończyli studiów a mimo to założyli firmę Apple znana dzisiaj z iPhonów, iPadów i Mac Komputerów. Początki ich firmy były w garażu, a nie w Uniwersyteckiej „Wylęgarni Enterprenerów” . Podobnie było uprzednio,  w roku 1939,  z założycielami dzisiaj wielkiej firmy Billem Hewlett i Davidem  Packardem.  Założyli ja w garażu Davida Packarda z kapitałem zakładowym $538.- , odpowiadającym dzisiaj wartości około $10,000.- Dzisiaj firma HP jest jedna z potentatów rynku elektronicznego i komputerów na świecie.
Jak widzę przyszłość dla wynalazczości?
Dzisiejszym modelem  młodych Enterprenerów  są ludzie w rodzaju  Marka Zuckerberga, multi- miliardera w wieku lat 26. Pieniądz jest dla nich myślą przewodnią, a nie problem którego rozwiązanie ich pasjonuje. Gdyby młodzi Enterprenerzy znali lepiej biografię Marka Zuckerberga, to by się dowiedzieli, że on rozwijając koncepcję Facebook’a nie miał na myśli aby zostać multi-miliarderem.  Niestety pieniądze w Ameryce są głęboko przewartościowane, nawet ich wymiary przedstawiają tylko liczbę zer po przecinku na ekranie komputera. Wartość majątku Zuckerberga jest iluzoryczna. Pewnego dnia, już wkrótce, ktoś inny wymyśli nowy model komunikacji socjalnej i majątek Facebooka spadnie do zera.  Już ciągu ostatniego miesiąca liczba użytkowników Facebook’a  w Europie spadła o milion. Wątpię, aby za 50 lat, ktoś będzie uważał, że ten człowiek zmienił światową ekonomię, tak jak uczynił to Thomas Alva Edison, wynalazca żarówki i gramofonu. Zuckerberg  pójdzie w zapomnienie.
Moja rada dla kandydatów na Enterprenerów jest następująca: staraj się robić to co lubisz, a pieniądz przyjdzie jako wartość pochodna (dodatkowa).
Każdy z nas ma genetycznie zakodowane zdolności, które powinien wykorzystać. Dla jednych jest to dokładność dla innych jest wyobraźnia, a dla jeszcze innych pamięć.
Ja zostałem obdarzony wyobraźnią, która w połączeniu z inżynierskim wykształceniem pozwoliła mi być wynalazcą. Głód jakiego doświadczyłem, jako dziecko w czasie okupacji hitlerowskiej spowodował u mnie ciągłą obawę o głodu zaspokojenie, dach nad głową i buty z całą, nie dziurawą podeszwą. Działalność Enterprenerska, a po polsku przedsiębiorcza, była dla mnie nie tylko w celu rozwiązania interesujących mnie problemów ale także w zagwarantowaniu dla siebie i moim podopiecznym pełnego żołądka i dachu nad głową.

Znani mi Enterprenerzy
Rozglądając się wokoło i wspominając ludzi z przeszłości muszę przyznać, że spotkałem wielu Enterprenerów, czyli przedsiębiorców, poza mną samym. Niestety żaden nie jest miliarderem, jedynie niektórzy są, albo byli marnymi milionerami.  Jedni zajmowali się hodowlą goździków i storczyków/ Za komuny nazywano ich pogardliwie „badylarzami”.  Jeden z nich, Olan Long, zmarły niedawno  w wieku 93 lat, kiedy został wypchnięty na przedwczesną emeryturę, zajął się produkcją elementów plastykowych na jednej maszynie (wtryskarce) zakupionej za pożyczone, pod zastaw własnego domu,  pieniądze. Ciekawe, że Olan, nigdy nie studiował  na żadnym uniwersytecie, ale miał na swym koncie wiele wynalazków popartych dwudziestu sześcioma (26) patentami.  Jeszcze inny znany mi Enterprener, mimo wykształcenia inżynierskiego w Korei Południowej, założył po przybyciu do USA bardzo popularną pralnię ubrań na sucho, bez używania cuchnących chemikaliów. W mojej rodzinie inżynier mechanik, rzucił pracę na Politechnice i zaczął robić kolorowe, plastykowe traktorki dla dzieci. Nie dorobił się wielkiego majątku w komunistycznym PRLu, ale wybudował dla swojej rodziny ładny dom i wykształcił dwoje dzieci. Ja muszę się pochwalić, że od ponad 50 lat mojej emigracji nigdy nie byłem zmuszony do pracy poniżej mych kwalifikacji. Zawsze znajdowałem nabywców na produkty mojej wyobraźni. A więc, chcąc czy nie chcąc, nie mając pieniędzy na myśli i celu, milionerem zostałem, ale do tytułu miliardera mi jeszcze bardzo daleko.
Aczkolwiek nazwa Enterprenor, kojarzy się nam zwykle z dużymi pieniędzmi, to jednak muszę tu wspomnieć znanego mi blisko Enterprenora, który nazywał się Clifford C. Clanin który  rozwinął swój talent w wieku 65 lat, kiedy przeszedł na emeryturę. Uprzednio pracował przez wiele lat, jako prosty robotnik w miejscowej cegielni. Urodził się bardzo biednym i biednym umarł, gdyż wszystkie pieniądze, jakie zarabiał, zbierając puszki aluminiowe po Coca -Coli, przeznaczał na zakup kajetów i kredek biednym dzieciom, którym rodzice, często pijani albo narkomani, nie byli wstanie im kupić.  Cliff, bo tak go przezywano, resztę swego życia poświęcił tłumacząc takim dzieciom wagę wykształcenia (podstawowego), którego sam z powodu biedy nie otrzymał. Może nie wszyscy wiedzą, że są takie dzieci w naszym bogatym mieście, Columbus, Ohio? Oczywiście  w bogatych dzielnicach mamy dobre szkoły z klimatyzacją, ale dzieci  z biednych domów często przychodzą do szkoły, nie dla nauki, tylko dlatego, że są głodne, a w szkole dostają darmowy obiad (lunch). W ich domach często nie ma jednej książki. Cliff Clanin umarł 10 lat temu w wieku 96 lat. Do dnia dzisiejszego na ścianie w mojej firmie, wiszą papierowe kwiaty i listy do zmarłego Cliff’a od dzieci z klasy 2B miejscowej szkoły podstawowej, którą co tydzień, Cliff odwiedzał i dzielił się z maluchami historią swego bogatego, choć ubogiego w pieniądze życia.
Zapytanie kuzyna z Polski
  Kiedy kilka miesięcy temu, 14 letni kuzyn z Polski zapytał mnie znienacka, w czasie obiadu: „Wujku, co należy robić, aby zostać bogatym?”, chyba miał na myśli wskazówki jak stać się „Bogatym Enerprenerem”, za jakiego mnie uważał. Zaskoczony pytaniem odpowiedziałem: „Trzeba naprzód być głodnym”. Obawiam się, że ten młodzieniec nie zrozumiał, co miałem na myśli, jako że on nigdy nie był fizycznie głodny. Może miał na myśli, że „być głodnym”, to znaczy być „pazernym” na pieniądze?  Tak samo zresztą myślał o moim sformułowaniu, znajomy amerykański bankier, który ofiarował mi pożyczkę, o którą nie prosiłem. On także nigdy nie był głodny, a jedynie był „pazerny” na dolary.
Mam wrażenie, że kuzyna  rodzice  zamierzają wysłać go na stadia do Ameryki na uniwersytetach Harvard, Stanford lub MIT. Czy będzie studiował naukę o  „Enterneurshipie”, czerpiąc z głębokiej wiedzy profesorów, którzy widzieli Enterprenerów na szerokim, płaskim ekranie koreańskiego telewizora?  Nie wiadomo?
Jan Czekajewski ,1 listopada, 2018

Jan Czekajewski


Eterprenera racz nam zesłać Panie!


Za wszystkich stron, czyli prasy, TV i rozmów z Polakami w Polsce, słyszę, że zbawieniem dla polskiej ekonomii są młodzi ludzie zwani z angielska, a właściwie z francuska, Entepreneur’ami .  Bynajmniej nie jest to zjawisko czysto polskie, a jedynie zapożyczone z modelu amerykańskiego, gdzie w ciągu ostatnich kilku lat młodzi ludzie stali się, jak Mark Zuckerberg, miliarderami na skutek wymyślenia systemu komunikacji międzyludzkiej, głównie na nieważne tematy, jak np. Facebook, gdzie możemy się dowiedzieć, co moja żona  jadła dzisiaj na obiad? Trapi mnie pytanie, dlaczego koncept szybkiego bogactwa, jest tak atrakcyjny dla młodych ludzi jak i dla inwestorów, którzy zarabiają krocie finansując ich pomysły. Sięgając do historii Stanów Zjednoczonych podobna gorączka szybkiego bogactwa miała miejsce w 19 wieku, kiedy to tysiące ludzi ruszyło do Kalifornii kopać złoto. Polacy mogliby używać polskiego odpowiednika do określenia osoby zdolnej podejmować ryzyko i produkować urządzenia uławiające życie. Takim słowem jest słowo: „Przedsiębiorca”. Niestety dla młodych Polaków słowo to kojarzy się z osobami urodzonymi w 19 wieku, które to wymyśliły i produkowały żarówki (Thomas Alva Edison), silnik parowy (James Watt), telefon( Bell), radio (Marconi) itd. Itp., Jeśli przyjrzymy się ich karierze, to zobaczymy, że sukces był połączony z długim wysiłkiem, a bogactwo było związane z tym wysiłkiem. Dzisiejsi młodzi ludzie w Ameryce jak i w Polsce marzą o szybkim bogactwie. Takim modelem są dla nich Bill Gates and Mark Zuckerberg.  Dla młodych Polaków sama myśl, że ktoś mogłyby ich identyfikować z polską nazwą: „Przedsiębiorca”, jest wręcz przerażająca. Chcą być „Enterprenerami” i basta.  
W 19 wieku w Ameryce, w czasie gorączki złota do Kalifornii płynęły 4 grupy ludzi: ci co kopali złoto, handlarze łopat i kilofów do kopania złota , pośrednicy w handlu złotem i prostytutki ofiarujące swe usługi górnikom, handlarzom łopat jak i pośrednikom.   Pośrednikami byli ci, którzy skupywali złoto od górników, przetapiali go w sztaby i sprzedawali dalej z dużym zyskiem.
Dzisiaj sytuacja stała się bardziej skomplikowana, aczkolwiek pewne analogie z „gorączką złota” istnieją. Górnikami są młodzi programiści komputerów. Kierunkiem ich migracji jest ten sam, czyli Kalifornia, handlarzy łopat zastąpili właściciele mieszkań z dostępem do Internetu, a pośrednikami są tak zwani Aniołowie ( Angels) , czyli inwestorzy gotowi zainwestować duże pieniądze w interesujące projekty młodych i często naiwnych aspirantów do stania się „Enterprenrami” . Co do prostytucji nie mogę zabierać głosu, gdyż nigdy nie mieszkałem w Kalifornii i nigdy z usług tego przemysłu nie byłem zmuszony korzystać, w Polsce jak i na emigracji .  Przypuszczam natomiast, że poza prostytucją w Kalifornii mamy plagę narkomanii, podsycaną przez rzeszę sfrustrowanych aspirantów do stania się Entrenerami.

CzyAniołowie są ważnym elementem „Enterprenorowego -Landu” ?
 Odnosi się  wrażenie, że „Aniołowie” są najważniejszym elementem  koniecznym do rozwinięcia własnego pomysłu. Sam pomysł jest drugorzędny.  W polskich gazetach czytam, że polscy młodzi wynalazcy są trenowani, za własne pieniądze, jak przedstawić swój pomysł „Aniołowi”, czyli inwestorowi z dużymi pieniędzmi, w sposób skondensowany nie przekraczający 15 minut. Czas jest drogi i Aniołowie mają go niewiele. Także Aniołowie są raczej zainteresowani stroną finansową a nie techniczną pomysłu.  Przypuszczam, że kursy dla kandydatów na Enterprenerów są drogie i wyniki chyba słabe. Jedynymi Enterprenerami, którzy zarabiają duże pieniądze są organizatorzy takich kursów.
Z własnego podwórka z aspirantami do stania się Enterprenerami  spotkałem się niedawno..  Kilku synów moich znajomych, pokończyło znane amerykańskie uniwersytety, jak Stanford w Kalifornii. Jeden z nich, podobno  wybitnie zdolny i  właśnie otrzymał doktorat. Doktorat w dziedzinie programowania komputerów, albo nano-technologii  z Uniwersytetu Stanford otwiera drzwi do wielu firm wysokiej technologii, które ubiegają się o takie talenty. Ten jednak młodzieniec uwiedziony mirażem szybkiego finansowego sukcesu zapragnął stać się Enterprenorem.  Niestety,  ma on mały problem w tym, że brak mu pojęcia, w jakiej dziedzinie ma się stać  Enterprenorem.  Nie szkodzi. Uniwersytet ma jednak pulę pieniędzy, podobno około $20,000  dla takich zagubionych aspirantów, która jest przeznaczona na podróże po Stanach Zjednoczonych w czasie, których „aspirant” będzie mieć okazję porozmawiać z innymi już bogatymi Enterprenerami, którzy mogą mu wskazać świetlaną drogę do szybkich pieniędzy. 
Tutaj przypomina mi się urywek ze sztuki Sławomira Mrożka pod tytułem „Tango”. Sztukę widziałem 50 lat temu, ale ten urywek został mi w pamięci. W tej oto sztuce Pan Edzio, lokaj mieszczańskiej rodziny deklaruje, że od dzisiaj będzie kierował rodziną, która jest w moralnym rozkładzie. Na pytanie czy Pan Edzio ma jakieś zasady (moralne) do takiego wszechwładztwa, powiada: Tak, ja je mam zapisane w małym notesie, który noszę ze sobą. Pada pytanie: czy to są twoje zasady? Nie, odpowiada Pan Edzio. Przepisałem je od kolegi, który pracuje w kinie. No niech Pan się nie wstydzi i powie, jakie to są zasady? Zasadą Nr.1 jest : Ja cię kocham, a ty śpisz.
Gdyby Mrożek pisał dziś sztukę na temat sytuacji ekonomii w Ameryce, być może symbolem ekonomii byłaby dziś  „rodzina” , a Panem Edkiem byłby zagubiony Enterprener, który szuka pomysłów jak ratować ekonomię, a jedyny pomysł  jaki ma znalazł przez Google, na Internecie pod hasłem „Enterprneur”. Miałby tą zasadę zapisaną nie w notesie, ale zapisana  w notatkach w  iPhonie.



Uniwersytety doszlusowały do Enetrenorial mania
Politycy, a  nawet amerykański, były, prezydent  G.W. Bush  uznali za stosowne wymieniać Enterprenrów jako zbawienie dla US a nawet  krytykował Francję, że Francuzi nawet nie mają nazwy  dla  „Enterprenour’a”, nie zdając sobie sprawy, że właśnie Amerykanie przejęli to słowo od Francuzów.  Za prezydentem podążyły amerykańskie uniwersytety, zakładając programy i wykładowców, którzy będą uczyli studentów jak być Enterprerami.  Z wiadomości od znajomych, którzy na uniwersytetach pracują, dowiaduje się, że nowe budynki zostały postawione właśnie dla celu szkolenia nowej kadry Enterprenerów. W takich  budynkach młodzi studenci  tej dziedziny będą mieli sekretarki, komputery  i miejsce do wynajdywania nowych wynalazków oraz oczywiście doradców, którzy im pomogą jak szukać pieniędzy dla rozwoju ich pomysłów.  Problem, jaki ja widzę z całą uniwersytecką edukacją, jest brak kadry, która zetknęła się z zakładaniem i prowadzeniem własnej firmy. Ten problem jest wspólny dla wszystkich nauk technicznych gdzie często wykładowcami są ludzie, którzy nigdy z przemysłową techniką się nie zetknęli, a szczególnie problemami związanymi z prowadzeniem małej firmy, w której powinny wykluwać się pomysły nowatorskie. Tutaj jest miejsce na przypomnienie młodym adeptom na miliarderów, że najbogatszy człowiek świata, Bill Gates „zdezerterował” z Harward University po dwu latach studiów, podobnie jak jego wspólnik Paul Allen. Dwóch innych modelowych Enterprenerów, Steve Jobs  i Steve Wozniak, także nie  ukończyli studiów a mimo to założyli firmę Apple znana dzisiaj z iPhonów, iPadów i Mac Komputerów. Początki ich firmy były w garażu, a nie w Uniwersyteckiej „Wylęgarni Enterprenerów” . Podobnie było uprzednio,  w roku 1939,  z założycielami dzisiaj wielkiej firmy Billem Hewlett i Davidem  Packardem.  Założyli ja w garażu Davida Packarda z kapitałem zakładowym $538.- , odpowiadającym dzisiaj wartości około $10,000.- Dzisiaj firma HP jest jedna z potentatów rynku elektronicznego i komputerów na świecie.
Jak widzę przyszłość dla wynalazczości?
Dzisiejszym modelem  młodych Enterprenerów  są ludzie w rodzaju  Marka Zuckerberga, multi- miliardera w wieku lat 26. Pieniądz jest dla nich myślą przewodnią, a nie problem którego rozwiązanie ich pasjonuje. Gdyby młodzi Enterprenerzy znali lepiej biografię Marka Zuckerberga, to by się dowiedzieli, że on rozwijając koncepcję Facebook’a nie miał na myśli aby zostać multi-miliarderem.  Niestety pieniądze w Ameryce są głęboko przewartościowane, nawet ich wymiary przedstawiają tylko liczbę zer po przecinku na ekranie komputera. Wartość majątku Zuckerberga jest iluzoryczna. Pewnego dnia, już wkrótce, ktoś inny wymyśli nowy model komunikacji socjalnej i majątek Facebooka spadnie do zera.  Już ciągu ostatniego miesiąca liczba użytkowników Facebook’a  w Europie spadła o milion. Wątpię, aby za 50 lat, ktoś będzie uważał, że ten człowiek zmienił światową ekonomię, tak jak uczynił to Thomas Alva Edison, wynalazca żarówki i gramofonu. Zuckerberg  pójdzie w zapomnienie.
Moja rada dla kandydatów na Enterprenerów jest następująca: staraj się robić to co lubisz, a pieniądz przyjdzie jako wartość pochodna (dodatkowa).
Każdy z nas ma genetycznie zakodowane zdolności, które powinien wykorzystać. Dla jednych jest to dokładność dla innych jest wyobraźnia, a dla jeszcze innych pamięć.
Ja zostałem obdarzony wyobraźnią, która w połączeniu z inżynierskim wykształceniem pozwoliła mi być wynalazcą. Głód jakiego doświadczyłem, jako dziecko w czasie okupacji hitlerowskiej spowodował u mnie ciągłą obawę o głodu zaspokojenie, dach nad głową i buty z całą, nie dziurawą podeszwą. Działalność Enterprenerska, a po polsku przedsiębiorcza, była dla mnie nie tylko w celu rozwiązania interesujących mnie problemów ale także w zagwarantowaniu dla siebie i moim podopiecznym pełnego żołądka i dachu nad głową.

Znani mi Enterprenerzy
Rozglądając się wokoło i wspominając ludzi z przeszłości muszę przyznać, że spotkałem wielu Enterprenerów, czyli przedsiębiorców, poza mną samym. Niestety żaden nie jest miliarderem, jedynie niektórzy są, albo byli marnymi milionerami.  Jedni zajmowali się hodowlą goździków i storczyków/ Za komuny nazywano ich pogardliwie „badylarzami”.  Jeden z nich, Olan Long, zmarły niedawno  w wieku 93 lat, kiedy został wypchnięty na przedwczesną emeryturę, zajął się produkcją elementów plastykowych na jednej maszynie (wtryskarce) zakupionej za pożyczone, pod zastaw własnego domu,  pieniądze. Ciekawe, że Olan, nigdy nie studiował  na żadnym uniwersytecie, ale miał na swym koncie wiele wynalazków popartych dwudziestu sześcioma (26) patentami.  Jeszcze inny znany mi Enterprener, mimo wykształcenia inżynierskiego w Korei Południowej, założył po przybyciu do USA bardzo popularną pralnię ubrań na sucho, bez używania cuchnących chemikaliów. W mojej rodzinie inżynier mechanik, rzucił pracę na Politechnice i zaczął robić kolorowe, plastykowe traktorki dla dzieci. Nie dorobił się wielkiego majątku w komunistycznym PRLu, ale wybudował dla swojej rodziny ładny dom i wykształcił dwoje dzieci. Ja muszę się pochwalić, że od ponad 50 lat mojej emigracji nigdy nie byłem zmuszony do pracy poniżej mych kwalifikacji. Zawsze znajdowałem nabywców na produkty mojej wyobraźni. A więc, chcąc czy nie chcąc, nie mając pieniędzy na myśli i celu, milionerem zostałem, ale do tytułu miliardera mi jeszcze bardzo daleko.
Aczkolwiek nazwa Enterprenor, kojarzy się nam zwykle z dużymi pieniędzmi, to jednak muszę tu wspomnieć znanego mi blisko Enterprenora, który nazywał się Clifford C. Clanin który  rozwinął swój talent w wieku 65 lat, kiedy przeszedł na emeryturę. Uprzednio pracował przez wiele lat, jako prosty robotnik w miejscowej cegielni. Urodził się bardzo biednym i biednym umarł, gdyż wszystkie pieniądze, jakie zarabiał, zbierając puszki aluminiowe po Coca -Coli, przeznaczał na zakup kajetów i kredek biednym dzieciom, którym rodzice, często pijani albo narkomani, nie byli wstanie im kupić.  Cliff, bo tak go przezywano, resztę swego życia poświęcił tłumacząc takim dzieciom wagę wykształcenia (podstawowego), którego sam z powodu biedy nie otrzymał. Może nie wszyscy wiedzą, że są takie dzieci w naszym bogatym mieście, Columbus, Ohio? Oczywiście  w bogatych dzielnicach mamy dobre szkoły z klimatyzacją, ale dzieci  z biednych domów często przychodzą do szkoły, nie dla nauki, tylko dlatego, że są głodne, a w szkole dostają darmowy obiad (lunch). W ich domach często nie ma jednej książki. Cliff Clanin umarł 10 lat temu w wieku 96 lat. Do dnia dzisiejszego na ścianie w mojej firmie, wiszą papierowe kwiaty i listy do zmarłego Cliff’a od dzieci z klasy 2B miejscowej szkoły podstawowej, którą co tydzień, Cliff odwiedzał i dzielił się z maluchami historią swego bogatego, choć ubogiego w pieniądze życia.
Zapytanie kuzyna z Polski
  Kiedy kilka miesięcy temu, 14 letni kuzyn z Polski zapytał mnie znienacka, w czasie obiadu: „Wujku, co należy robić, aby zostać bogatym?”, chyba miał na myśli wskazówki jak stać się „Bogatym Enerprenerem”, za jakiego mnie uważał. Zaskoczony pytaniem odpowiedziałem: „Trzeba naprzód być głodnym”. Obawiam się, że ten młodzieniec nie zrozumiał, co miałem na myśli, jako że on nigdy nie był fizycznie głodny. Może miał na myśli, że „być głodnym”, to znaczy być „pazernym” na pieniądze?  Tak samo zresztą myślał o moim sformułowaniu, znajomy amerykański bankier, który ofiarował mi pożyczkę, o którą nie prosiłem. On także nigdy nie był głodny, a jedynie był „pazerny” na dolary.
Mam wrażenie, że kuzyna  rodzice  zamierzają wysłać go na stadia do Ameryki na uniwersytetach Harvard, Stanford lub MIT. Czy będzie studiował naukę o  „Enterneurshipie”, czerpiąc z głębokiej wiedzy profesorów, którzy widzieli Enterprenerów na szerokim, płaskim ekranie koreańskiego telewizora?  Nie wiadomo?
Jan Czekajewski ,1 listopada, 2018

Kwiaty wykonane dla Pana Cliffa, przez dzieci z klasy 2B
który zmarł w wieku 96 lat , 30 grudnia, roku  2008



Sunday, October 28, 2018

Saturday, September 22, 2018

Wujek Krause-Enterpreneur



Jan Czekajewski
Wujek Krauze-Entrepreneur

Tak się jakoś składa, że niektórzy ludzie, których się w życiu okazyjnie spotyka zostawiają trwały ślad w pamięci. Tak się to ma w wypadku Zygmunta Karauze (proszę nie mylić z polskim miliarderem lat 2000 o tym samym nazwisku). Wujka Krauze  spotkałem pierwszy raz w roku 1961. Koligacja rodzinna odnosiła się nie do mnie, ale do mej dziewczyny, Zofii, dla której Zygmunt Krauze był oczywistym i rodzinnie potwierdzonym wujem, czyli bratem matki Zofii.
W czasie mych wyjazdów i powrotów ze Szwecji do Polski i odwrotnie, które miały miejsce w latach 1961-62 i 1963-65, odwiedzając Warszawę zatrzymywałem się w jego willi na ul. Olimpijskiej 39, na Mokotowie. Wtedy to Zygmunt Krauze opowiadał mi o swym niezwykle ciekawym życiu, człowieka, który z powodu wrodzonej inteligencji pokonał wiele trudności, wychował pięcioro przygarniętych dzieci i w niezwykle trudnych warunkach dorobił się pokaźnego, jak na ówczesne komunistyczne czasy majątku.
Wujek Krauze miał dobrą ocenę swych braków i zalet. Powiadał: ”Ja nie mam wykształcenia i sam nie jestem ekspertem w żadnej dziedzinie. Mam natomiast talent, który polega na zdolności znajdowania ludzi, którzy maja wykształcenie i wiedzę i ja potrafię tymi ludźmi kierować”.
Wuj Krauze miał niezwykle trafna ocenę sytuacji i dawał mnie, żółtodziobowi, życiowe rady, w postacie: „Pamiętaj, że milicja wie tylko tyle ile im sam powiesz”. Wujek zakładał, że każdy, wcześniej czy później będzie aresztowany i poddany przesłuchaniom. Zygmunt Krauze wiedział, co mówił, bo wedle jego własnego zeznania siedział w więzieniach siedem razy, ale się zastrzegał, że nigdy nie był sądownie skazany. Także podkreślał, że nigdy nie siedział z powodów politycznych tylko z powodu sprzeczności poglądów z kolejnymi rządami na funkcjonowanie systemu ekonomicznego. Czyli za nielegalny handel lub produkcję w strefie nie tyle szarej, co czarnej..
Zygmunt Krauze urodził się na początku lat 1900 w Mileszkach pod Łodzią. W czasie epidemii grypy tak zwanej „hiszpanką” w roku 1916 umarli obydwoje jego rodzice. Matka była Polką a ojciec Niemcem, urodzonym we Frankfurcie.  W Łodzi, na  Widzewie,  jego rodzice prowadzili sklep „ogólny” handlujący produktami żywnościowymi sprowadzanymi ze wsi. Zygmunt po śmierci rodziców w wieku lat 14 stał się nagle głową rodziny do której zaliczał się brat Antoni i siostry, Emilia i Maria.  Zygmunt przejął kierownictwo nad sklepem i jeździł po okolicznych wsiach skupując produkty żywnościowe dla swojego sklepu. Dwa lata później w czasie jednej z tych podroży w małym miasteczku Uniejów, koło Łodzi, spotkał swoją przyszłą żonę, Kazimierę, która tam prowadziła własny sklep. Kazimiera była od Zygmunta 16 lat starsza, co nie przeszkadzało, że Zygmunt zaproponował jej małżeństwo. Szczęśliwa para przeniosła się do Łodzi, gdzie Kazimiera doglądała interesu w czasie, kiedy Zygmunt jeździł po Polsce w „delegacjach handlowych”. Wkrótce Zygmunt zmienił branżę handlową, ze spożywczej na bławatną i założył firmę handlującą krawatami pod szyldem „Krawat Polski” która nabrała ogólnopolskiego rozmachu z wieloma regionalnymi przedstawicielami.



Kiedy Niemcy weszli do Łodzi w 1939 szybko znaleźli w aktach, że ojciec Zygmunta Krauzego był Niemcem. Właściwe organa odzysku ludzi pochodzenia niemieckiego udały się do Zygmunta z ofertą zapisania go na tak zwana Volkslistę.
Zaskoczonemu Zygmuntowi Niemcy wyjaśnili, że na takiej liście znajdują się osoby pochodzenia niemieckiego urodzone poza granicami Wielkiej Niemieckiej Rzeszy
Takim osobom, zwanym Volksdeutsche przysługują lepsze kartki żywnościowe jak i obowiązek walczenia z wrogami Reichu w ramach Wermachtu, Krigsmarine czy Luftwafe.
Co prawda lepsze kartki żywnościowe mi odpowiadały, ale do umierania za Hitlera nie było mi spieszno, opowiadał wujek Krauze, dlatego im powiedziałem, że czuję się Niemcem Pierwszej, klasy a nie jakąś popłuczyną, jak Volksdeutsche.  
Niestety Volksdeutsche nie byli równi innym Niemcom, urodzonym w granicach Wielkiej Rzeszy, którzy nazywają się Reichsdeutsche i którzy są Niemcami pierwszej klasy.
Niestety matka Zygmunta była Polką i Zygmuntowi zaszczytny tytuł Reichsdeutsche nie przysługiwał. Przestano go wiec nękać do czasu, kiedy się potknął o ten feralny kradziony drut, który go zaprowadził do obozu koncentracyjnego w Mauthausen.
.
 Czy wuj działał w partyzantce?
Nic podobnego. Ja nigdy do polityki się nie mieszałem. Do Mauthausen wysłano mnie za ten właśnie drut.
Otóż w czasie okupacji w Częstochowie prowadziłem fabryczkę produkującą gwoździe, na które było duże zapotrzebowanie na polskiej wsi. Niestety nie mogłem kupić drutu, z którego gwoździe się robi. Drut był ściśle rozdzielany na potrzeby niemieckiej armii. Na szczęście albo nieszczęście poznałem jednego Niemca, oficera, który mi umożliwił dostęp do wojskowego drutu. On kradł ten drut a ja z niego robiłem gwoździe. Niestety Niemiec nie był ostrożny i go nakryli. Jego wysłano na Front Wschodni gdzie go Ruscy zaciukali a mnie Niemcy wysłali do Mauthausen, gdzie o mało, co bym umarł z głodu. Kiedy obóz wyzwalali Amerykanie leżałem, razem ze swym młodszym kuzynem  na sosie 70-ciu trupów przeznaczonych do spalenia. Uratował go fakt że go ostrzono, że musi jeść bardzo mało i bardzo wolno aby odzyskać siły Jego kuzyn nie  przestrzegał tej reguły, nażarł się do syta i umarł w obozie już po jego wyzwoleniu.

Karuze miał mizerne wykształcenie, które chyba ograniczało się do czterech klas szkoły powszechnej, co wynika z jedynego listu, jaki do mnie przed śmiercią napisał na adres w USA. List ten ma 6 stron i brakuje mu interpunkcji. Wuja Krauze wylano podobno ze szkoły z powodu handlu papierosami, ale mnie mówił, że chodziło o wódkę. Musiał z czegoś swoją rodzinę utrzymać po śmierci rodziców.  Pisać go nauczono, ale o interpunkcji zapomniano. Przypuszczam, że ja byłem jedynym człowiekiem z akademickim wykształceniem, na dodatek „naukowcem” z Uniwersytetu w Uppsali, któremu chciał zaimponować swym rozmachem i koneksjami. W swym garażu przy ulicy Olimpijskiej 39 miął dwa samochody, jeden  Mercedes 220 o kolorze perłowym, który odkupił od biskupa Klepacza z Łodzi i drugi Chevrolet Impalla z imponującymi oskrzydlonymi błotnikami. Biskup Klepacz otrzymał Mercedesa jak dar od swych byłych parafian z Chicago, ale jego splendor zbyt rzucał się w oczy, aby mógł go używać w okresie siermiężnego socjalizmu towarzysza Gomółki. Chevrolet Impalla wuj sprowadził sobie bezpośrednio z Ameryki poprzez znajomych marynarzy z polskich linii oceanicznych. Otóż Wuj zaproponował nam ( mnie i Zofii) bankiet w wytwornym jak na owe czasy hotelu Orbisu o nazwie „Grand” w Warszawie przy ul. Kruczej.
Do hotelu udaliśmy się jego Impallą i zaraz przy podjeździe kłaniającemu się w pas portierowi wuj Krauze wręczył banknot 500zl jako napiwek. Następne 500zl przypadło dyrektorowi restauracji. Zdziwiony taką rozrzutnością, zapytałem się wuja, jaki jest cel w takim szastaniu pieniędzmi w czasie, kiedy moja pensja asystenta na Politechnice wynosiła 2000 zl. Wuj spojrzał na mnie pobłażliwie i wyjaśnił; To nie jest napiwek, to jest inwestycja w przyszłość i najbliższą teraźniejszość. Ludzie w kłopotach z władzami, popełniają zasadniczy błąd dając urzędnikom łapówki. W takich sytuacjach dawanie łapówki jest już wysoce spóźnione. Łapówki daje się wtedy, kiedy nie ma się kłopotów z władzami. Jeśli chodzi o tą restaurację, to wiadomo, że na sali są założone mikrofony do podsłuchu rozmów gości. Kierownik restauracji posadzi nas tam, gdzie podsłuchów nie ma albo gdzie mikrofon jest uszkodzony. Będziemy mogli sobie spokojnie na komunę narzekać.
Innego razu, późnym wieczorem smagany jesiennym deszczem udałem się do wujka willi na ulicy Olimpijskiej aby przenocować. Następnego dnia miałem mieć spotkanie w tak zwanym KNIT-cie ( Komitecie Nauki i Techniki) z vice premierem Adamem Szyrem, jednym z szajki komunistów z grupy Wandy Wasilewskiej w ZSSR ( t.zw. Związku Patriotów Polskich) do którego naiwnie napisałem list krytykujący system gospodarczy PRL-u,  Jak sobie przypominam wujek Krauze ostrzegał mnie przed wizytą u vice-premiera Szyra, wzmiankując, że przed wizytą winem się ubrać w ciepłe kalesony, gdyż z tej wizyty vice-premier może skierować mnie wprost do więzienia. Prawie tak się stało, a moje przestępstwo kwalifikowało się, jako „obraza majestatu”. Do więzienie mnie jednak nie skierowano, ale rozmowa mnie przekonała, że wiać powinienem z PRL-u jak najszybciej, gdyż miecz Damoklesa, czyli UB, wisi nad moją głową.  Przed wizytą u vice-premiera, kiedy zapukałem do drzwi wili wuja Krauze, przy stole w jego kuchni siedział milicjant. Przeraziłem się okropnie przypuszczając, że czeka na mnie z nakazem aresztu. Byłem świadomy, że mój telefon jest na podsłuchu i  w UB wiedziano gdzie zamierzam się zatrzymać w Warszawie. Służba Bezpieczeństwa UB było niezwykle podejrzliwa w stosunku do mnie, gdyż nie mogli pojąć, w jaki sposób otrzymałem ciekawą pracę na Uniwersytecie w Uppsali a najbardziej ich dziwiło, że taką pracę porzuciłem, aby wrócić do PRL-u. Chyba myśleli, że albo jestem nasłanym szpiegiem, albo umysłowo chorym. UB-owcy nie brali pod uwagę, obfitego biustu mej dziewczyny, Zofii, który to biust, przebijał wszystkie inne wartości obywatelskie i anty-komunistyczne, łącznie z osobistą wolnością.
Dyskretnie odwołałem wuja do przedpokoju z zapytaniem, co tu u niego robi milicjant.
Wuj mnie uspokoił, że to dzielnicowy milicjant, z którym on właśnie regularnie pije wódkę. Wuj mi wytłumaczył, że to jest jego dawny zwyczaj datujący się od czasów przedwojennych, poprzez całą wojnę i okupację i teraz, dla zachowania tradycji narodowej kontynuuje ten zwyczaj w komunie. Bez milicjanta, a kiedyś policjanta, nie mam apetytu na wódkę. Aby wypić muszę mieć za kompana policjanta. Fakt, że się teraz czasy zmieniły i policjantów przechrzczono na milicjantów, nie może zmienić moich wieloletnich przyzwyczajeń towarzyskich.
Poza tym, te właśnie stosunki towarzyskie uchroniły mnie wielekroć od wiezienia, gdyż zawsze wiedziałem ( od policjanta, czy milicjanta), kiedy należy się spodziewać kontroli celnej, skarbowej czy kryminalnej. Jak wiadomo będąc biznesmenem w tamtych trudnych czasach wymagało balansowania na skraju prawnej poprawności, szczególnie, jeśli chodziło o reglamentowane towary nie dostępne dla tak zwanych prywaciarzy albo „inicjatywny prywatnej”.
Kiedyś pod wrażeniem wuja „bogactwa”, zapytałem go bezpośrednio o początku jego majątku, kiedy na poły umierający i zagłodzony wrócił do Lodzi z obozy Mauthausen.
Odpowiedział lakonicznie. Dorobiłem się na czerwonych krawatach. Otóż, kiedy w roku 1948 Polska Partia Robotnicza i PPS (Polska Partia Socjalistyczna) się „zlewały” w nowa partie PZPR, okoliczność ta wymagała dostawy kilku milionów czerwonych krawatów.
Przodujący przemysł państwowy nie mógł podołać społecznemu zapotrzebowaniu i dlatego Zygmunt Krauze złożył ofertę, że takie krawaty wyprodukuje pod warunkiem, że dostanie przydział na bawełniane sukno konieczne dla ich wykonania. Komuniści będąc jak wiadomo ludźmi praktycznymi zadbali o to, aby wuj otrzymał odpowiednio dużą dostawę sukna na wymienione krawaty. Zamówienie zostało wykonane przed „zlaniem” się dwu partii i kilka milionów członków nowej partii i im pokrewnych organizacji młodzieżowych mogło defilować z czerwoną pętlą pod broda. A skąd te pieniądze? Czy wujowi sowicie zapłacono za jego znój, trud i poświecenie dla sprawy socjalizmu? Bynajmniej, odpowiedział wuj. Ty młody człowieku nie zdajesz sobie spawy ile materiału potrzeba, aby uszyć z niego czerwony krawat. Kolor jest czynnikiem decydującym. Uszycie czerwonego krawata wymaga od pięciu do dziesięciu razy więcej materiału, niż uszycie krawatu o kolorze np. niebieskim. Z tych resztek materiału uszyliśmy setki, jeśli nie tysiące poszewek na poduszki i pierzyny, które rozeszły się jak woda po wsiach całej Polski.
Wuj Krauze przed przeniesieniem się do Warszawy w roku 1958 i zamieszkaniu w wili na ulicy Olimpijskiej 39, mieszkał w Lodzi na ul. Głównej 9 m13. Tam tez w latach 1950-tych prowadził działalność handlowo - przemysłową w branży bławatnej. Była to działalność na dużą skalę, ale bez setek szwaczek pochylonych nad maszynami Singera w fabryce Zygmunta Krauze. W jego mieszkaniu przy ul. Głównej 9 m, 13, które było centrum dowodzenia jego przemysłu tekstylnego, pracowały jedynie dwie szwaczki.  Firma wuja była chyba legalnie zarejestrowana, ale zakres jej działalności wykraczał poza licencję drobnego rzemieślnika, jaką mu przydzielono. W istocie była to duża firma zatrudniająca dziesiątki szwaczek w systemie chałupniczym. Mieszkanie na Głównej 9 było centralą, do której przywożono gotowe produkty i rozdzielano materiał. Ponieważ materiał bławatny był ściśle reglamentowany, jego dostawy wymagały „współpracy” z szeregiem pracowników miejscowych dużych fabryk przemysłu tekstylnego, z których Łodź zawsze słynęła. Większość tych materiałów była podejrzanego pochodzenia, czyli po prostu kradziona. Wścibscy milicjanci i rewidenci skarbowi, którzy nie zostali odpowiednio wynagrodzeni, czyhali na okazję przyłapania większej partii materiału lub produktów opuszczających to mieszkanie. Aby się zabezpieczyć, wuj podobno zatrudnił, jako jedną ze szwaczek żonę pułkownika Polskiej Armii Ludowej, który wedle wuja był w rzeczywistości Rosjaninem oddelegowanym do nadzoru ideologicznego na Polską Zaprzyjaźnioną Armią Ludową. Kiedy wujowi donoszono, że na dole kamienicy kręcą się podejrzani osobnicy wyglądający na milicjantów, żona pułkownika dzwoniła do swego męża, który przyjeżdżał wojskowym samochodem (chyba nie czołgiem) do którego ładowano trefny towar. Milicjanci byli bezsilni i mieszkanie zostało opróżnione z materiałów podejrzanego pochodzenia, przed spodziewaną rewizją.

Wuju, ja słyszałem, że wuj także działał w branży ogrodniczej, a raczej poprawnie zwanej w PRL-u „badylarskiej”. Tak, zgadza się. Moje kwieciarnia w Łodzi na Stokach,  słynie w całym Bloku Socjalistycznym jako dostawca najładniejszych czerwonych goździków.
Zbudowałem te szklarnie za pieniądze zarobione w branży bławatnej, kiedy szyłem jak już wspomniałem czerwone krawaty.
A jak ci chyba wiadomo czerwony goździk jest symbolem komunisty. Bez bukietu czerwonych goździków nie można powitać lądujących w Moskwie sekretarzy bratnich partii komunistycznych Europy Zachodniej, Chin czy Kuby. Bez czerwonych goździków nie można pochować umierających zasłużonych klasie robotniczej notabli. Goździki są tak nieodzowne jak gwoźdź do trumny Pierwszego Sekretarza KPZR (Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego). Niestety socjalistyczne przedsiębiorstwa rolne, czy to PGR-y czy Radzieckie Kołchozy nie są wstanie takich goździków wyhodować. Więdną one w oczach i kolor jakiś nie taki, a zapach ich jeszcze gorszy. Nasze goździki z dzielnicy Stoki w Łodzi bija na głowę goździki socjalistyczne pod każdym względem, kolorystycznym, zapachowym i długowieczności. W związku z powyższym każdego tygodnia wysyłamy samolotem bukiety naszych goździków do Moskwy, gdzie spełniają ważną role w utrwalaniu pokoju i przyjaźni miedzy socjalistycznymi narodami. Towarzysze Radzieccy zapewniają mnie, że włos mi z głowy nie spadnie z powodów podatkowych, gdyż jedność obozu socjalistycznego na tym właśnie włosie się trzyma.
Wiele lat później, żyjąc już w Stanach Zjednoczonych dostałem długi list pisany ręcznie na kiku stronach papieru. Ciekawym był fakt, że list nie miał na całej swej długości, ani jednej kropki ani jednego przecinka. Wuj pisał go z Austrii, do której właśnie przybył Mercedesem biskupa Klepacza gdzie wynajął, na lat 15, od austriackiego kościoła zdemolowany zamek w miejscowości Kemmelbach, 100 km od Wiednia, z kaplicą na 230 miejsc siedzących. Zapraszał, aby go odwiedzić, gdyż właśnie zasadził 2500 doniczek storczyków i będzie je sprzedawał w następnym roku. Niestety nie miałem okazji go odwiedzić, gdyż wujowi się zmarło w roku 1974 czy 1945.
Jan Czekajewski (wyjątek z książki autora, „Do sukcesu pod wiatr”)


 
/* Google Analytics Script */